Wrażenia 2001
Wrażenia 2002

...uwaga! wszystkie teksty zamieszczono bez poprawek -
w takiej formie, w jakiej do nas dotarły...

SUPER, SUPER, SUPER!!! Nie potrafię inaczej tego określić. Udział w Ekipie był cudownym wyborem! Nie ma nic wspanialszego od uczucia bycia potrzebnym i świadomości, że robi się coś dobrego, co uszczęśliwia innych! Robota - trzeba przyznać - jest bardzo ciężka i wymaga wiele poświęcenia. Najpierw się stoi w jakimś supermarkecie i prosi ludzi o „dary”. Ludzie reagują różnie, niejednokrotnie przechodzą obojętnie, nie chcąc uwierzyć, że to, co im proponujemy, nie jest „bujdą”. W takich momentach ogarniała mnie wściekłość, bo w żaden sposób nie byłam w stanie ich przekonać o swojej racji. Takie życie. Zaciskałam zęby i pytałam dalej. To było najtrudniejsze, ponieważ byłam uzależniona od innych, „kasiastych”. Od tego ile dadzą zależało to, ile dzieci dostanie prezenty. Na szczęście ludzie okazali się bardzo hojni i dawali więcej niż się tego spodziewaliśmy. Najprzyjemniejszym momentem było rozwożenie paczek po domach. Śmiać nam się chciało, kiedy (dzięki nam) w niektórych rodzinach małe dzieci na nowo uwierzyły w Świętego Mikołaja! Rzadko mam okazje być świadkiem takiego wzruszenia. Po każdej wizycie chciało mi się płakać, a już szczególnie kiedy jedna mama, zupełnie zaskoczona naszym przyjazdem, po prostu się popłakała... wow.... to było niesamowite... Nie potrafię oddać atmosfery panującej podczas tych paru dni. Cokolwiek bym napisała, brzmi to biednie i nijako. Wiem, że w przyszłym roku zaangażuję się w Ekipę znowu, ponieważ zobaczyłam jakim cudem jest ona dla tych wszystkich biednych rodzin. Chcę mieć czynny wpływ na uszczęśliwienie im Świąt Bożego Narodzenia, a Ekipa jest dla nich Bożym promykiem i darem.

[owca]

Moje wspomnienia z Ekipy są równie bogate. Życie studenckie nie pozwala na wiele przed sesją, ALE czego się nie robi dla potrzebujących. Kilka godzin dziennie w dużym sklepie i proszenie ludzi o kupienie CZEGOKOLWIEK więcej na początku może się wydawać nieco niezręczne, krępujące, nieswojskie. Jednak gdy w koszu znajdą się pierwsze dary, „lawina rusza” i trudno ją zatrzymać. Ludzie dają i to dają wcale nie mało. A dzieci i osoby samotne ucieszy każdy wafelek, batonik, cukierek, drobny prezencik. A później to już tylko satysfakcja dla siebie i cichsze sumienie. W wigilijny wieczór pomyślmy także o tym pustym nakryciu, o tych, o których wiele ludzi już nie pamięta, ale nie Ekipa Świętego Mikołaja. Łzy radości i zaskoczenie obdarowanych są dla nas najlepszą nagrodą.

[Weronika]

EKIPA była dla mnie niesamowitym przeżyciem. Po raz pierwszy miałam okazję uczestniczyć w tego typu akcji i przekonałam się ile radości możemy dać innym. To naprawdę fantastyczne uczucie. Najpierw zbieraliśmy w sklepach zabawki i słodycze. Niektórzy ludzie byli bardzo hojni, inni zaś mijali nas dużym łukiem udając, że nas nie widzą. To straszne uczucie, kiedy mówisz i nikt nie zwraca na to uwagi. Na szczęście przeważali ludzie przychylnie do nas nastawieni. Potem ze zebranych darów zrobiliśmy paczki, a przed samymi świętami dostarczaliśmy je pod zebrane adresy ubogich i potrzebujących osób. Gdy pukaliśmy do domów ludzie witali nas bardzo miło i serdecznie, a dzieci z wielką radością przyjmowały prezenty. Cieszyły się nawet z drobiazgów. Ważne było dla nich to, że ŚWIĘTY MIKOŁAJ o nich nie zapomniał. Dla mnie największym podziękowaniem za to, co zrobiłam był uśmiech na twarzach obdarowanych. Akcja ta była dla mnie zupełnie nowym, interesującym doznaniem. Nigdy nie sądziłam , że może to być tak fascynująca przygoda. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz nadarzy się okazja i będę mogła brać udział w takiej akcji. Bardzo lubię pomagać innym, ale nigdy nie sądziłam, że to może przynosić mi tyle satysfakcji i tyle radości.

[DOROTA]

To było ciekawe i przeważnie przyjemne doświadczenie :) :) Nieprzyjemne? Raz musiałem wygramolić się z wyra o 8.30, żeby zdążyć na akcję zbierania darów w centrum TGG o godz. 10.00 . Nie byłoby w tym nic nieprzyjemnego gdyby nie to, że noc przesiedziałem przy klawiaturze i zrobiłem to po 3-ch godzinach snu. Ale im bliżej było do godziny 20.00, tym bardziej czułem się rześki – adrenalinka i fajna atmosfera. Przypomniałem sobie jak to jest być licealistą, które to wspomnienia zdeterminowane były przebywaniem w czasie akcji właśnie z takimi - bo to oni stanowili większość wśród wolontariuszy, i były to b. sympatyczne wspomnienia J. Wigor młodzieży nadał akcji b. sympatyczne oblicze. Choć ja, lekko zgarbiony staruszek ze zmarszczkami-jeśli przyrównać tu moje 20 z dużym hakiem latek, nie odstawałem od młodzieży i pokazałem się z raczej dobrej strony z młodzieńczym zapałem informując i zachęcając klientów sklepu sieci „LIDER” do ofiarodawstwa na rzecz akcji (nawiasem i w nawiasie pisząc, niektórzy albo i nawet wielu z nich reagowało na akcję w sposób, który nas nieco zaskoczył, czasami rozbawił, rozgniewał, 1 raz lekko wystraszył: Pan w stanie ‘wskazującym’ - w pobliżu było stoisko monopolowe, denerwował, budził w nas przyjazne uczucia). A wszystko to... tylko w czasie zbiórek darów w TGG podczas dwóch weekendów, bo w akcji przygotowywania paczek i rozdawania darów nie uczestniczyłem L. A szkoda, bo podobno była niezła zabawa – ale, jak słyszałem od reszty Ekipy, i także czasami ciężka robota. He, właśnie mam przed oczami postać zmęczonej i zgłodniałej (nie chwaląc się nakarmiłem) Weroniki (to nie ta z tekstu powyżej – przypis redakcji), która wpadła na wieczorną zmianę... właśnie taka po całodziennym udzielaniu się... gdzieś tam (?). Dziewczyna zdolna do poświęceńJ (nie ujmując innym uczestnikom akcji). Weronika pomogła, podsuwając mi sposób spisywania inwentaryzowanych pod koniec dnia darów (dzięki! mała rzecz ale ułatwiła raczej dużo). Podsumowując stronę techniczno-organizacyjną akcji, zwracam uwagę na potrzebę wsparcia od strony mediów, tj. radio i podawania informacji o prowadzonej właśnie zbiórce przez głośniki w miejscach jej prowadzenia (o ile istnieje taka możliwość). Szczegóły zalet takiego wsparcia zostały omówione na spotkaniu podsumowującym akcję, więc nie będę się tu rozwodził. No i to tyle ode mnie.

[Krzyś]

Taka akcja to doskonała okazja do przekonania się, że w głębu duszy ludzie są bardzo dobrzy i solidarni. Pamiętam na przykład pewną panią. Nie miała przy sobie pieniązków, które mogłaby ofiarować, przyszła do sklepu tylko po konkretne rzeczy. Po chwili jednak przyszła ponownie z czekoladkami i takie tam, wróciła specjalnie po nie. Zaczęła nas chwalić, że bierzemy udział w takiej akcji, mówiła o swoich dzieciach, które również w ten sposób się angażowały. Zrobiło się nam bardzo miło. Długo nie zapomnę tej pani.

[Kaśka]

Długo się zastanawiałem czy w ogóle pisać coś o moich wrażeniach. Byłem bardzo pochłonięty koordynacją naszych wspólnych działań jako Ekipy. Na całe szczęście 23.12 wieczorem udało mi się wygospodarować trochę czasu i wyjechać z III LO z jedną z Ekip w teren. Były to już jedne z ostatnich odwiedzin na naszej liście. Moja partnerka - mikołajka musiała już jechać do domu, więc zostawiliśmy ją na przystanku autobusowym. Pojechaliśmy w okolice ulicy Roosevelta (Śródmieście), ze Strażą Miejską - mimo wszystko w tych okolicach po zmroku idąc w eskorcie mundurowych człowiek czuje się raźniej. Zadzwoniłem domofonem pod podany przez nauczycielkę adres. Na pytanie "Kto tam?" odpowiedziałem "Mikołaj do dzieci". Drzwi się otworzyły. Kiedy wchodziliśmy ze strażnikami na 4 piętro na korytarzu już czekał ojciec 3 dziewczynek. Miał około 45 lat, był trzeźwy, palił papierosa. Jego wygląd, muskularna budowa, ostrzyżona prawie na łyso głowa, bluza z kapturem, tatuaże - wskazywały na dość bogatą przeszłość. Zdziwił się widokiem mundurowych i mnie w czapce Mikołaja z prezentami w ręku. Zaprosił nas do środka, gdzie wręczyliśmy prezenty dwóm starszym siostrom - młodsza już spała, zostawiliśmy paczkę dla niej. Mieszkanie urządzone było bardzo skromnie, ale schludnie. Ojciec dziewczynek spytał nas czy zwariowaliśmy, bez namysłu odpowiedziałem, że tak. Widocznie do tego wieczora mundur kojarzył mu się z czyms zgoła innym. Bardzo nam dziękował, kiedy podawał mi rękę - rozpłakał się, starał się ukryć łzy. Tak właśnie wyobrażałem sobie tę akcję - trafiamy tam gdzie ludzie może nie wierzą już w Świętego Mikołaja, w życzliwość i dobro. My stajemy się dla nich postaciami z Opowieści Wigilijnej... Schodząc do samochodu sam kryłem łzy. Dla takiej chwili warto było rozbić samochód, nie przespać kilku nocy i nabawić się kilku siwych włosów przy organiacji całego przedsięwzięcia.

[Marcin]